365 dni – czy film słusznie hejtują internauci? Sprawdzamy

Bogdan Maliszewski22 sierpnia, 2025

Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadza: 365 dni cały film, reklamowany z przytupem jako polska odpowiedź na „50 twarzy Greya”, zrealizowano w teledyskowo-reklamowej estetyce. Pocztówkowe plenery, luksusowe wille, modne kluby i prywatne jachty tworzą scenerię dla ognistego romansu, w którym nieprzeciętnie atrakcyjni bohaterowie przeżywają kolejne uniesienia. Całość podbita jest chwytliwymi popowymi hitami, które rytmizują każdą scenę niczym wideoklip z MTV.

365 dni cały film to serio taka klapa? Sprawdźmy

Różnica tkwi jednak w samej relacji bohaterów. O ile w historii Anastasii i Christiana (Dakota Johnson i Jamie Dornan) kluczowa była równowaga sił – dziewczyna zawsze miała prawo się wycofać, a układ opierał się na dobrowolności – o tyle w znajomości Laury (Anna-Maria Sieklucka) i Massima (Michele Morrone) tej symetrii zwyczajnie brak. Tutaj namiętność nie jest wyborem, lecz narzuconą grą, w której granica między pożądaniem a przemocą coraz bardziej się zaciera.

Autorka literackiego pierwowzoru próbuje sprzedać nam wizję „czułego barbarzyńcy” – faceta nieokrzesanego, ale gotowego dla ukochanej wskoczyć w ogień. Problem w tym, że znajomość Laury i Massima startuje w sposób, który trudno nazwać romantycznym. Przystojny mafioso po prostu ją porywa – i, o dziwo, nie zyskuje tym jej sympatii.

Co prawda zapewnia, że „nie dotknie jej bez zgody”, a jeśli w ciągu 365 dni nie odwzajemni jego uczucia, wielkodusznie odda jej wolność. W praktyce jednak chętnie korzysta z przewagi, interpretując obietnicę po swojemu. Przykuwanie bohaterki do łóżka czy wsuwanie dłoni w jej bieliznę na oczach współpracowników i obsługi prywatnego samolotu – to, jego zdaniem, przecież nie jest „dotykanie”. Natomiast ekstrawaganckie zakupy w luksusowych butikach mają uchodzić za najlepszy dowód miłości.

Pożądanie staje się w filmie więzieniem

Tutaj nie ma nawet pola do interpretacji – w „365 dniach” seks został sprowadzony do czegoś, co przypomina zimny, mechaniczny proces. Pożądanie staje się tu więzieniem, do którego kobieta wciągana jest siłą, a mimo to na ekranie utrzymuje uśmiech, jakby wszystko było w porządku. Ta powierzchowność myślenia o erotyce jest wręcz szokująca. Filmowy „erotyzm” ma niewiele wspólnego ani z delikatnością, ani z prawdziwą intymnością. Seks nie musi być cukierkowym, wyidealizowanym obrazkiem, ale nie powinien też balansować na granicy tandetnej pornografii. Tymczasem tutaj sprowadzono go do fantazji, w której kobieta rezygnuje z całego dotychczasowego życia w imię „silnego mężczyzny” i jego dominacji.

Ta wizja, podawana jako nowoczesna i odważna, w praktyce zaprzecza jakimkolwiek feministycznym ideom i staje się wewnętrznie sprzeczną mieszanką. A przecież można mówić o seksie inaczej – w sposób autentyczny, odważny, pozbawiony wstydu i sztuczności. Pokazała to chociażby Anja Rubik w swojej książce, udowadniając, że rozmowa o intymności nie musi budzić zażenowania. W całym filmie 365 dni online twórcy chcieli uchwycić naturalizm i piękno ludzkiego ciała w jego najbardziej pierwotnej formie. Problem w tym, że w pogoni za „odwagą” poszli o kilka kroków za daleko – sceny seksu zamiast zmysłowych stają się groteskowe, momentami wręcz absurdalne. Zamiast śmiałego aktu dostajemy karykaturę, w której bliskość przypomina bardziej choreografię niż autentyczną namiętność.

Materiał, który bez żalu można spuścić w niepamięć?

Relacja bohaterów zostaje pokazana jako destrukcyjna, mechaniczna i pozbawiona jakiegokolwiek emocjonalnego fundamentu. Jedno rzucane od niechcenia „kocham cię” nie wystarczy, by przekonać widza do prawdziwego uczucia czy seksualnego napięcia. Na tle tej sztuczności broni się właściwie tylko jedno – zdjęcia Bartosza Cierlicy, które faktycznie potrafią zachwycić kompozycją i światłem. Cała reszta? To materiał, który bez żalu można spuścić w niepamięć.

A dialogi? Jeszcze gorsze niż wszystko inne… I tak, wiem – nikt nie ogląda pornosów dla dialogów, choć przyznam szczerze: widziałem już produkcje XXX, które pod tym względem radziły sobie lepiej (dowody na priv). W tym miejscu powinienem zacząć wyliczankę wszystkiego, co w tym filmie nie działa, ale lista byłaby tak długa, że spokojnie zapełniłaby książkę o solidnej grubości. Tylko po co – skoro byłyby to jedynie słowa, słowa, słowa… A kto zna to potrójne powtórzenie, ten wie, że właśnie przywołałem filmowego Beetlejuice’a w postaci reżyserki Barbary Białowąs.

Nie sądziłem, że autorka niesławnego Big Love jeszcze kiedykolwiek dostanie szansę reżyserowania pełnego metrażu. A jednak – pomyliłem się. I w sumie dobrze, bo Białowąs udowodniła coś jeszcze: nie tylko jest marną reżyserką, ale i fatalną filmoznawczynią, promując 365 dni cały film jako pierwszy polski film erotyczny. Tymczasem efekt jest żałosny – obraz wyreżyserowany jeszcze gorzej niż jej debiut, ze szczególnym wskazaniem na finał. Zakończenie, które powinno kipieć dramatyzmem i napięciem, tutaj nie wywołuje żadnych emocji. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie nawet student pierwszego roku reżyserii filmowej potrafiłby z tego materiału wykrzesać więcej.

Bogdan Maliszewski

Miłośnik kina i założyciel serwisu, który swoją pasję do filmów rozwija od najmłodszych lat. Zaczynał od fascynacji filmami akcji, a dziś z równym entuzjazmem śledzi premiery kinowe i przeszukuje katalogi platform VOD. Regularnie publikuje recenzje, aktywnie udziela się na forach i nie omija żadnej ważnej premiery. Największą sympatią darzy dynamiczne thrillery, inteligentne komedie oraz produkcje, które wciągają widza od pierwszych minut. Szczególnie ceni dobre scenariusze, budowanie atmosfery i silne emocje – od napięcia po wzruszenie.

Udostępnij: