Głównym bohaterem filmu jest Jann Mardenborough, w którego wcielił się Archie Madekwe. Gran Turismo opowiada prawdziwą historię sprzed dekady – historię chłopaka, który zaczynał jako zapalony gracz konsolowej serii, a dzięki swoim umiejętnościom trafił do programu GT Academy. Tam, pokonując rywali, zyskał szansę zmierzenia się z zawodowcami na prawdziwych torach wyścigowych. To opowieść, która zaczyna się przy ekranie telewizora, a kończy na prawdziwej linii startu.
Filmy oparte na faktach mają w sobie magię, której często brakuje typowym blockbusterom. Nie inaczej jest tutaj – choć twórcy miejscami przeinaczają wydarzenia i podkręcają dramatyzm, bo życie rzadko bywa tak efektowne jak kino, nie odbiera to opowieści jej autentycznego uroku. Filmowe wcielenie Janna zabiera widza w niezwykłą podróż – od marzeń przed konsolą po karierę na światowych torach. Fabuła może nie jest nadmiernie skomplikowana, ale emocji nie brakuje ani na chwilę. Przez ponad dwie godziny trudno oderwać wzrok od ekranu – to widowisko, które wciąga od startu aż po samą metę.
Wspominałem, że Gran Turismo może pochwalić się gwiazdorską obsadą – i wcale nie przesadzałem. Mentora Janna gra David Harbour, znany z Stranger Things. W roli instruktora wnosi na ekran nie tylko charyzmę, ale też coś na kształt ojcowskiej troski – chwilami niemal jak Hopper w relacji z Jedenastką.
Z kolei Orlando Bloom, pamiętny z Piratów z Karaibów i Władcy Pierścieni, wciela się w Danny’ego Moore’a – człowieka, który wymyślił projekt GT Academy i dał młodym graczom szansę na prawdziwą karierę.
Sam film składa się z kilku znajomych schematów – historia od zera do bohatera, prostolinijny antagonista i bohater, który zwycięża dosłownie w ostatniej chwili. To kino, które nie wstydzi się swojego gatunku, ale nie można mu też odmówić szczerości. Historia Janna w rzeczywistości nie była aż tak widowiskowa, jak pokazano na ekranie, lecz fakty pozostają imponujące – młody gracz naprawdę pokonał barierę między światem gier a profesjonalnymi torami. Archie Madekwe oddaje ten proces przekonująco, pokazując bohatera, który nie miał lekko. Twórcy dobrze uchwycili różnicę pomiędzy wirtualnymi umiejętnościami a twardą rzeczywistością wyścigów, gdzie doświadczenie i refleks ważą więcej niż znajomość każdego zakrętu w grze.
Słabiej wypadają jedynie humorystyczne wstawki. Teksty w stylu „ale z ciebie noob” czy „w grze było łatwiej”, rzucane w trakcie kilkugodzinnego, wyczerpującego wyścigu, brzmią sztucznie i psują napięcie. To momenty, które zamiast bawić, wywołują konsternację. Jak wspominałem wcześniej – film jest oparty na faktach. Tylko że słowo „oparty” jest tutaj kluczowe. W porównaniu z prawdziwą historią sporo wydarzeń i postaci zostało zmienionych, uproszczonych albo napisanych na nowo. Dla widza, który nie jest pasjonatem motorsportu, nie ma to większego znaczenia – całość i tak ogląda się jak ekscytującą opowieść. Te zmiany miały jeden cel: podkręcić dramaturgię i sprawić, by historia na ekranie była bardziej filmowa niż dokumentalna.
Jann Mardenborough to jednak postać jak najbardziej prawdziwa. Co więcej, brał udział w realizacji filmu – pracował jako kaskader, konsultant i współproducent. Jego losy rzeczywiście w wielu punktach pokrywają się z tym, co pokazano na ekranie. Faktycznie dostał się do GT Academy, a w 2013 roku stanął na podium Le Mans 24 w klasie LMP2. Katastrofalny wypadek na Nürburgringu, pokazany w filmie, także wydarzył się naprawdę.
Dlatego inspiracje prawdziwymi wydarzeniami są wyraźne – i dla większości widzów to w zupełności wystarczy. W końcu chodzi tu o emocje, widowisko i czystą radość oglądania wyścigów – niezależnie od tego, czy w kinie, czy na domowym ekranie. Warto jednak zaznaczyć jedno: gdyby w ten sposób potraktowano biografię kogoś bardziej rozpoznawalnego, krytyka byłaby znacznie ostrzejsza.
Podsumowując: Gran Turismo to bardzo solidne kino. Jego największą zaletą jest prosty fakt, że świetnie się go ogląda – wciąga od początku do końca, a drobne potknięcia scenariuszowe w trakcie seansu schodzą na dalszy plan. To może nie jest poziom Le Mans ‘66 (Ford vs. Ferrari), ale wciąż dostajemy pełnokrwiste widowisko.
Dla zatwardziałych fanów motorsportu film może okazać się momentami irytujący, bo nie brakuje uproszczeń i hollywoodzkich przerysowań. Jednak dla całej reszty widzów to kawał solidnego kina o wyścigach, pasji i spełnianiu marzeń – historii, która mimo schematów ma w sobie energię i emocjonalną prawdę. Moim zdaniem warto go zobaczyć – najlepiej na dużym ekranie, ale jeśli nie, to przynajmniej później w streamingu. To seans, który daje frajdę i przypomina, że marzenia naprawdę mogą wyjechać z garażu na tor.
Miłośnik kina i założyciel serwisu, który swoją pasję do filmów rozwija od najmłodszych lat. Zaczynał od fascynacji filmami akcji, a dziś z równym entuzjazmem śledzi premiery kinowe i przeszukuje katalogi platform VOD. Regularnie publikuje recenzje, aktywnie udziela się na forach i nie omija żadnej ważnej premiery. Największą sympatią darzy dynamiczne thrillery, inteligentne komedie oraz produkcje, które wciągają widza od pierwszych minut. Szczególnie ceni dobre scenariusze, budowanie atmosfery i silne emocje – od napięcia po wzruszenie.