Szybcy i wściekli 10 – dycha to za mało? Opis, obsada, recenzje

Monika Kunecka13 sierpnia, 2025

Dziesiąta część sagi wraca na ziemię – dosłownie i w przenośni – odstawiając w kosmos jedynie przeszłe ekscesy, a nie bohaterów. Historia ma swoje korzenie w dawnych wydarzeniach, a Dominic Toretto, który przez lata zyskał imponującą listę wrogów, znów staje się celem. Tym razem jednak gra toczy się według zasady „wróg mojego wroga może być moim sojusznikiem”, co prowadzi do niespodziewanych sojuszy, kilku przewrotnych zwrotów akcji i wprowadzenia nowych, barwnych postaci.

Szybcy i wściekli 10 cały film to hołd dla całej serii

Motyw rodziny – od zawsze fundament tej serii – ponownie napędza fabułę. Kiedy ktoś grozi jednemu z jej członków, reszta rusza do akcji, bez względu na ryzyko. Schemat znany, ale wciąż pojemny, staje się trampoliną do kolejnych kaskaderskich wyczynów i widowiskowych konfrontacji. Tym razem jednak rozdzielenie ekipy wprowadza lekki dysonans – Dom skupia na sobie większość uwagi, podczas gdy „rzymska drużyna” działa bardziej na uboczu. Mimo to reszta widowiska błyszczy, dostarczając fanom dokładnie tego, czego oczekują – adrenaliny, efektów i rodzinnych przysiąg składanych między wystrzałami.

Starcie Letty i Cipher ma w sobie wszystko, czego można oczekiwać od pojedynku dwóch silnych charakterów – napięcie, zadziorność i iskrzące spojrzenia, które mówią więcej niż tysiąc słów. Ale prawdziwy magnes tego filmu ma na imię Jason Momoa. Jego Dante to wulkan energii, złoczyńca z wielkim ego, bezczelnie charyzmatyczny, grający na luzie i wykradający każdą scenę dla siebie. Momoa balansuje między groteską a bezwzględnością z taką gracją, że trudno oderwać wzrok – to kreacja hipnotyzująca, pełna humoru, sarkazmu i niepokojącego uroku. Gdyby James Bond potrzebował nowego przeciwnika z krwi i kości, Dante byłby wyborem idealnym.

Aquaman w wersji bez tridentu, ale za to z arsenałem ciętych ripost, dosłownie trzyma film Szybcy i wściekli 10 w ryzach, podnosząc jego wartość o dobre kilka punktów. Owszem, produkcja ma swoje potknięcia – część postaci, zwłaszcza nowych, jest potraktowana po macoszemu, powroty bohaterów zaczynają być schematyczne, a fabularne zwroty nie wywracają widza z fotela. Mimo to akcja prowadzona jest na tyle sprawnie, że wszystkie „szalone głupotki” wchodzą gładko, a humor i pomysłowość niektórych scen (szczególnie z Momoą) sprawiają, że seans daje solidną satysfakcję. Jeśli twórcy dopieszczą detale i odważniej zagrają fabułą, kolejna część może być prawdziwym strzałem w dziesiątkę.

Gdzieś po drodze zgubiono pazur, energię i spryt

Za kamerą tym razem stanął Louis Leterrier – facet, który ma w dorobku „Transportera”, „Braci Grimsby” i pierwszą „Iluzję”. Brzmi jak idealny wybór do serii, prawda? A jednak… wyszło zaskakująco ospale. Trudno pojąć, jak można sprawić, by scena pościgu dopasionymi furami za gigantyczną, kulistą bombą, turlającą się przez ulice Rzymu i demolującą wszystko na swojej drodze (tak, tę scenę ze zwiastuna), była w odbiorze… nijaka. Pomysły były, ale gdzieś po drodze zgubiono pazur, energię i spryt w kadrowaniu.

O realizm nikt tu oczywiście nie pyta – kiedy Dom (Vin Diesel) odbija się autem od przeszkód jak w „Rocket League”, jest w tym urok i lekka parodia. Problem w tym, że sama sekwencja brakuje tempa, świeżych pomysłów i montażowego pazura, przez co momentami zaczyna nużyć. A w całym filmie Szybcy i wściekli 10 online, w którym logika jest na urlopie, brak frajdy z akcji to już grzech śmiertelny. Jednym z większych problemów jest gigantyczne rozwarstwienie fabuły. Scenariusz skacze jak piłka w flipperze – tu podążamy za Domem, tam za Romanem (Tyrese Gibson) i Tejem (Ludacris), chwilę później śledzimy Jakoba, a zaraz potem Letty (Michelle Rodriguez) z Mią (Jordana Brewster). Do antagonisty też kamera zagląda całkiem regularnie. I to wciąż nie wszystkie wątki, jakie rozłażą się w przeciągu dwóch godzin – ale żeby nie psuć zabawy, resztę pozostawię w tajemnicy.

Franczyza chyba od dawna kręci się w kółko

Teoretycznie, dzięki nieustannym zmianom postaci i lokacji trudno poczuć znużenie wizją Leterriera, ale w praktyce wychodzi z tego bałagan. Zamiast płynnej narracji mamy puzzle z tysiąca elementów wrzucone na stół w losowej kolejności. A kiedy docieramy do tego nieszczęsnego finału… cóż, chaos osiąga swoje apogeum. „Szybcy i wściekli” to saga, która przeszła drogę od skromnej opowieści o ulicznych wyścigach do hollywoodzkiego rollercoastera o ratowaniu świata. Zaczęło się od bezczelnej kalki „Na fali” – tylko zamiast desek surfingowych były tu podrasowane fury i neonowe światła. Potem seria niemal skonała – dwójka bez Diesla nie chwyciła, a „Tokyo Drift” stał się czarną owcą rodziny, od której nawet fani odwrócili wzrok.

Dopiero czwórka przyniosła miękki reset, a piątka otworzyła nowy rozdział – od złodziei z benzyną we krwi do nieformalnych agentów 007, skaczących po kontynentach, bawiących się szpiegowskimi gadżetami i ratujących planetę w wolnych chwilach. Jeśli porównać pierwszą część z dziewiątką, w której Roman i Tej wystrzeliwują samochód w kosmos, trudno uwierzyć, że to wciąż ta sama franczyza. Szybcy i wściekli 10 cały film wykonuje mały krok w tył – i chyba słusznie. Saga zbliża się do finału (oby!) i jeśli ma wybrzmieć z hukiem, lepiej, żeby Dom Toretto nie walczył z własnym sobowtórem z alternatywnej linii czasu. Fani będą raczej usatysfakcjonowani, choć widać, że franczyza od dawna kręci się w kółko – i nie chodzi tu tylko o palenie gumy.

Monika Kunecka

Kocha kino, sztukę i wszystko, co związane z kulturą. Największą przyjemność sprawiają jej seanse, które pozwalają na chwilę oderwać się od codzienności. Najbliższe jej sercu są filmy grozy, zwłaszcza te z elementami thrillera i akcji. Z sentymentem wraca do bajek z dzieciństwa, ale z równie dużym zaangażowaniem śledzi najnowsze kinowe i serialowe premiery. Szczególnie ceni produkcje tworzone z pasją – takie, w których widać serce, autentyczność i pełne zaangażowanie twórców.

Udostępnij: